Ksiega
Moja przestrzen
2011
wrzesień (7)
październik (1)
listopad (1)




Fav
ludzi w 268 dni


Made by Palurien
for elf site
Picture by FD

Powrót

Część 1

sobota, 10.września.2011, 12:40



- Nie rozumiem tylko jednego - powiedział Archivald von Tronje, marszcząc swoje dorodne brwi i uśmiechając się szyderczo. Zwrócił jasnobłękitne oczy w kierunku swojej rozmówczyni, po czym skinął na nią głową - Dlaczego, na litość Boską, Argentowie nie chcą brać w tym udziału? Przecież ten dureń na ich terenie tworzy niemalże armię!
Mark zauważył, że wiele osób zgadza się z von Tronje. Westchnął bezgłośnie. To jednak nie oni się liczyli. Pospolici żołnierze byli tylko pionkami w grze, jaką toczyli przywódcy łowców.
- Nie wiadomo dlaczego, ale to nie tylko pojedyncza rodzina z tego rodu - przypomniał w zadumie, mając nadzieje, że jego ton jest spokojny i łagodny. Von Tronje był znany z tego, że potrafił jedną pięścią wybić komuś zęby tak, by nie został ani jeden w jamie ustnej. Jakos Mark nie miał ochoty sprawdzać osobiście, czy to tylko plotka.
- Że niby jak? - zapytała Morgana Richelieu, patrząc na niego swoimi zmrużonymi oczyma - Żaden szanujący się ród nie będzie podejmować takiej decyzji, tylko dlatego, że troje z nich odmówiło wykonania rozkazu. Nie myl pojęcia rodu z pojęciem rodzina. - fuknęła jak dzika kotka.
Elsa Schbeiker, siedząca naprzeciw Morgany, pokręciła głową.
- Może się przestraszyli? Wiecie, jakby nie mówić to, co stało się z Kate Argent bardzo szybko obiegło nasz świat - zauważyła na pozór pogodnie, ale Mark doskonale wiedział, że Niemka najchętniej tu i teraz uzbroiła się i jakby nigdy nic poszła wykańczać. Problem był taki, że niemiecka grupa łowców stanowczo była zbyt nieokrzesana na taki poważny problem. Zbyt wiele niewinnych ofiar padnie pod nożami Niemców, jeśli puści się ich na pierwszy ogień.
Pokręcił głową.
- Tutaj musi być coś więcej - powiedział, wciąż starając się trzymać język za zębami, by przypadkiem nie powiedzieć czegoś, przez co ta banda skoczyłaby sobie nawzajem do gardeł.
W sali, mimo że każdy przywódca przyjechał tutaj ze swoimi przybocznymi, najważniejszymi osobami byli tylko oni. Archivald von Tronje, Morgana Richelieu. Elsa Schbeiker, Mark Hammilson, i Murad z Turcji, który jakoś nigdy nie przedstawił się z nazwiska.
- Co o tym myślicie? - zapytał w kierunku ostatniej grupy, Turków. Przewodzący im Murad był wyjątkowo postawnym mężczyzną w sile wieku. Na skroniach widniały mu niewielkie, siwe kosmyki, a bystry wzrok potrafił kruszyć kamienie. Chodziły plotki, że odrzucił w tamtym roku zaloty Morgany, przez co w chwili obecnej nie był ulubionym gościem francuski. I chyba była to prawda, bo kobieta stanowczo zwracała się do każdego, oprócz Murada.
- Myślimy, że poczekamy z opinią na łowców z Lechistanu. - powiedział w zadumie Murad.
Mark zaklął, ale tylko w myślach.
Tak było z łowcami, myślał, patrząc na wszystkie grupy, które zebrały się w pięknie zdobionym salonie Morgany.
Niemcy, wszyscy jasnowłosi i wysocy, prezentowali się idealnie w dobrze skrojonych mundurach. Mimo ich dobrego wyglądu, Mark wiedział, że to banda wariatów, którzy byli obłąkani na punkcie dyscypliny, prochów i noży.
Francuzi z Morganą na czele wyglądali, jakby urwali się z okładki jakiegoś magazynu mody. Wszyscy, i kobiety i mężczyźni, byli metroseksualnymi maniakami piękna. Zabijali czysto i szybko, kiedy tylko mogli, oszczędzali wilkołaki.
Anglicy, którymi przewodził właśnie Mark Hammilson, zawsze starali się prowadzić swoje polowania przy pomocy kodeksów etycznych i moralnych. Uważali zawsze także na świadków i starali się, aby nie było niewinnych ofiar, o czym inni nie omieszkali się zapominać.
Rumuni, wraz z von Tronje, który dołączył do nich jakieś standardowe cztery lata temu, byli obłąkaną jeszcze bardziej niż niemiecka grupa, maszyną do zabijania.
Turcy z kolei, mimo że byli fachowcami, nie wiedzieć czemu zawsze lubili współpracować... No... z Nimi. Od kiedy Sobieski spuścił im łomot wiele wieków temu, jakimś cudem zawsze szanowali tych wszarzy. Po prostu zawsze.
Chociaż dobrze, że nie pojawili się właśnie Oni.
Tak, Oni. Ci to dopiero byli problemowi. Nigdy nie było pewne, co wpadnie w ich zapijaczone, durne łby.
Wiecznie schlani, nieprzejmujący się niczym ''Polaczki'', jak nazywali ich inni.
Najbardziej obskurna grupa, jaka tylko pałętała się pod nogami. Najgorsze jednak było to, że byli cholernie skuteczni.
Marka zawsze ciekawiło, jak to możliwe, że grupa tak niezgodnych ze sobą ludzi może tak dobrze współpracować. Kłócili się zawsze głównie między sobą, jednak gdy tylko ktoś ośmieli się skrytykować jakiegokolwiek członka ich grupy... Trzydzieści luf natychmiast zostaje skierowana na tą osobę.
Polaczki... Cóż. Nikt nie wiedział, jak to robią. Nie mięli nawet dobrej broni. Ich uzbrojenie składało się z dziwacznie skonstruowanych starych rzęchów, które trzymały się razem tylko dzięki taśmie klejącej i chyba sile woli.
Na pierwszy, jak i ostatni rzut oka, żaden z tych ludzi nie powinien przeżyć spotkania z wilkołakami.
A oni zawsze zwyciężali.
Jak na komendę, drzwi otworzyły się na rozszerz.
Było to idealne wejście smoka, ot co. No, przynajmniej byłoby, gdybym nie podsłuchiwała, wypinając tyłek w za ciasnej, długiej spódnicy.
- Serwus! - krzyknęłam radośnie, szczerząc zęby. Nie omieszkałam się zasalutować na wpół opróżniona butelką dobrej, polskiej wódki - Żeśmy tak myśleli, że zagrychę macie, za popitę za cholerę - oceniłam, wchodząc jakby nigdy nic do środka i pchając się na fotel Marka.
Na początku mężczyzna chciał wstać, by zaoferować mi miejsce, jednak pchnęłam go zdecydowanie na fotel, a sama usiadłam wygodnie na naramienniku.
Machnęłam ręką na moich chłopaczków. Jurand Zieliński i Władysław Czarnecki wnieśli do salonu trzy skrzynki niezłej wódki, którą pędził po cichu w piwnicy nasz chemik pokładowy.
- Bierzcie i pijcie, dzióbki - zaprosiłam ich życzliwie, machając wciąż to rękami, to stopami - Bo myśmy już zaczęli - zachichotałam.
Zauważyłam kątem oka, że Mark zaczyna się pocić.
Ogółem, nielicząc Turków, którzy i tak po sobie tego nie pokazywali, nasi rozmówcy stanowczo nie podzielali mojego entuzjazmu.
- Co jest, Brunhilda? - zapytałam w stronę Niemki, która w ostatniej chwili opanowała się i nie fuknęła na mnie.
Patrzyli na mnie i widzieli tylko błazna, takiego, co to podskakuje i dzwoni dzwoneczkami przy kolorowej czapce. Byli naprawdę żałośni.
- No, to częstować się, chłopaczki, a potem gadać, co do kuźwy, kombinujecie -  warknęłam w końcu. Wiem, co myśleli. Obłąkana. Zmienia nastawienie do ludzi w ciągu kilku sekund. Nigdy nie wiadomo, kiedy wyciągnie spluwę.
- Nie pamiętam, abyście byli tutaj zaproszeni - warknął von Tronje, ale zimny wzrok skierowany w jego stronę przez Turków stanowczo usadził go w miejscu.
- No, też jakoś sobie nie przypominam zaproszenia - powiedziałam spokojnie, wskazując kciukiem na Juranda - A wyobraź sobie, że kazałam patrzeć do skrzynki co godzinę. A tam nic! - podniosłam dłoń do ust, parodiując idiotyczne odruchy francuski.
- Wątpię, by interesowały was nasze sprawy - powiedziała z łagodnym uśmiechem Richelieu, a ja prychnęłam.
Pochyliłam się w jej kierunku. Ona z kolei odchyliła się jak najdalej mnie.
- Zdefiniuj dla mnie, proszę, dwa proste słowa - powiedziałam, a mój głos zabrzmiał wyjątkowo zimno i paskudnie - "Was" i "nasze".
Mark poczuł, że za moment może dojść do wywołania walk. A coś takiego w i tak wątłych szeregach łowców z całego świata wcale nie było najlepszym pomysłem i z tego co widziałam, to tylko on z tej "szacownej grupy" to zauważył.
- Pani Richelieu nie chciała nic przez to powiedzieć, panno Iwanowicz - powiedział szybko, starając się jak najszybciej zażegnąć awanturę, która wisiała w powietrzu.
Wyszczerzyłam zęby, wymieniając spojrzenie z Muradem. Był chyba jedyną osobą nielicząc mojej grupy, którą szczerze lubiłam. Turek był trzeźwo myślącym gościem, który cenił honor, ale i inteligencję.
Spojrzałam na Marka, znów zachowując się jak ta kompletna idiotka.
- Ty za to szybko myślisz, co? - mruknęłam. Nie omieszkałam poklepać go po głowie. Jak psa. Zacisnął zęby, ale milczał.
Popatrzyłam w sufit. Z doświadczenia wiedziałam, że nic tą bandę tak nie wkurza jak cisza.
W końcu wzruszyłam ramionami.
- Dobra, mniejsza o to, co wy kombinujecie, dzióbki - stwierdziłam, nie patrząc na nikogo konkretnie. Za to rozejrzałam się po salonie. Warto zapamiętać wystrój pokoju. - My robimy tak. Trzymamy sztamę z Argentami. Kumacie, jak ruszy któryś z was Argentów, to osobiście połamię wam wszystkie kości - pozwoliłam sobie na olśniewający uśmiech. Nie to, że byłam do niego stworzona.
- Zacznę od palców u nóg, co wy na to? - zapytałam po chwili, wciąż zastanawiając się, czy warto im nadal podnosić ciśnienie, czy raczej już powoli, ale nie ubłaganie zacząć się wynosić.
Murad odchrząknął.
- Czy panienka może wytłumaczyć, dlaczego mięlibyśmy zaatakować Argentów? - zapytał z niezwykłą intuicją. - Wszyscy przecież pracujemy według naszego credo.
Uśmiechnęłam się do niego życzliwie, ale ten uśmiech stanowczo nie sięgał oczu.
- Cóż, Murad, niedługo odkryjesz, że na dobrą sprawę tylko wy go jeszcze przestrzegacie - powiedziałam cicho, poważnie.
Ożywiłam się wreszcie.
- No, my lecimy - zapowiedziałam, żegnając się salutem - Zostawiamy wam flaszki, może przestaniecie być drętwi jakby wam tyłki przyrosły do krzeseł. Pa!
Pocałowałam jeszcze Murada w policzek, po czym jakby nic wyszłam, a wraz ze mną Jurand i Władek.
Miałam dziwne, nieodparte wrażenie, że niektóre osoby w tamtym pokoju dopiero teraz zaczęły oddychać.





******



- No, wreszcie w prawie domu - ucieszyłam się.
Wraz z grupą wynajmowaliśmy niewielki domek w sąsiedztwie supermarketu. Dwupoziomowy, ciasny, ale przytulny. Co prawda nie mieszkała tutaj cała nasza grupa łowców. Bardziej nazwałabym nas dowództwem, albo sztabem.
Pierwszą moją współlokatorką, a zarazem drugą kobietą w grupie, była Dominika.
Niska i pulchna, miała ładny uśmiech aniołka i diabła w duszy. Specjalizowała się we własnej roboty materiałach wybuchowych. Tak niepozorna osóbka wylądowała za morderstwo na mężu w więzieniu, przez co musieliśmy stanąć na rzęsach, aby ją zza kratek wyciągnąć. Mięliśmy jednak pewnego rodzaju pomoc, nie tylko zresztą finansową od rządu polskiego, więc nie ma rzeczy niemożliwych. Tak długo, jak u nas w kraju nie pałętają się wilkołaki bez nadzoru, jest dobrze.
To zabawne, swoją drogą, że w Ameryce, mają z tym tak wielki problem.
Tak czy siak, byliśmy na miejscu, więc może coś pomożemy.
Następną osobą w naszym elitarnym gronie był Gabryś. Miał siedemnaście lat i używał słów, które reszta osób z naszego grona musi sprawdzać w słowniku.
Oprócz tego był zakolczykowany, pomalowany jak kobieta i co chwile się krzywił niemiłosiernie.
- Jak to wytoczenie dział, Kaś? - zainteresowała się Dominika, a ja zerknęłam z uwagą na Juranda, który starał się wyglądać na wyjątkowo niewinnego.
Tak, jasne.
- Tak, jak powinno - stwierdziłam w końcu, siadając na swoim zwyczajowym, zielonym fotelu. Nikt inny nie miał nawet prawa siadać choćby w pobliżu mojego ulubionego siedliska. Nie i koniec.
- Oczywiście - zgodził się spokojnie Gabryś, a ja drgnęłam. Oczywiście nawet na nas nie patrzył. Nie często w ogóle interesował się tym, co się wokół niego działo. Zawsze był zapatrzony w monitor od komputera i tylko od czasu do czasu pokazywał jakiekolwiek oznaki życia w formie żądania czegoś jadalnego, w miarę możliwości coś zrobionego z martwego zwierzęcia, jak mówił.
- Powiedź mi tylko jedno, Kacha - mówił dalej haker, a ja uniosłam z zaciekawieniem dłoń i przystawiłam do policzka. - Po kiego grzyba mamy biegać za bandą amerykanów? Przecież ci "spece" powinni sobie sami dać radę.
Nim zdążyłam odpowiedzieć, to Dominika pokręciła głową.
- Ta pojedyncza rodzina została sama, rozumiesz - wyjaśniła. Miała wyjątkowo cierpiący wyraz twarzy, jakby naprawdę przejmowała się tym, co się tam działo - Ich ród ogłosił neutralność. Nie chcą nawet zapewnić im bezpieczeństwo.
Jurand usiadł na drugim wolnym fotelu i westchnął.
- Dziwne, nie? O ile wiem Chris ma córkę w wieku Gabrysia - wskazał na naszego najmłodszego członka i uśmiechnął smutno - Powinni chociaż otoczyć opieką tą dziewczynę...
- Wprost przeciwnie, ona pójdzie jako pierwsza na odstrzał - przerwałam mu. Nie byłam przywódcą tej bandy bez powodu, co to, to nie - Tak się składa, że dziewczyna ma chłopaka, który raz w miesiącu wyje do księżyca i chce biegać za samochodami - mruknęłam wyjaśniając.
Nastąpiła cisza.
Dopiero Gabryś podsumował nastroje wszystkich.
- O kurwa - powiedział w zadumie i zagapił się na ekran liczb.
Władysław skrzywił się. Niejasno podejrzewałam, że jak zwykle powie coś, co myślą wszyscy, ale nikt nie ma ochoty mówić głośno.
- Bądźmy szczerzy - rzucił z irytacją - Jakby łowcy z całego świata robili swoją robotę jak my, nie mięliby problemów.
Skinęłam głową. Mogli o nas mówić, co chcieli. Większość, aby było śmieszniej, to byłaby prawda. Jesteśmy zapijaczoną bandą awanturników i furiatów, ale chyba oprócz Turków jesteśmy jedynymi, którzy pamiętają, po co powołano tak wiele grup łowców.
Nie mięliśmy bronić przed nimi. Mięliśmy bronić ich.
Z historycznego punktu widzenia już Car Ivan Groźny zadecydował, że trzeba pilnować wilkołaków w czasie pełni, by nie byli zagrożeniem dla siebie i innych. Sam był wilkołakiem, ale o tym kroniki milczą. Więc wcale nie tak dobry Car powołał grupę straży przybocznej, w której co prawda na początku służyli sami mężczyźni, a którzy mięli za zadanie najpierw pilnowanie samego Ivana  czasie pełni, tak samo jak jego ludzkiej rodziny przed nim samym. Potem do tejże grupy dołączyła kobieta, dokładniej mówiąc wilkołak. Niestety nie zachowały się żadne informację, kim była, nie licząc tego, że pierwszy przywódca tejże bandy strażników pełni, jak ich nazywano, stał się dla niej życiowym partnerem.
Przez długi czas było tak, że wilkołaki mogły zostawać łowcami. Co prawda nie byli zbyt przydatni w czasie pełni, gdyż tak jak innych ich pobratymców, trzeba było ich zakuć w ciężkie kajdany, aczkolwiek w czasie pozostałym ich zmysły były tak przydatne, że naprawdę ich ceniono.
Cóż... Potem Ivan zwariował do reszty i zrobił czystkę tak łowców, jak i wilkołaków. I wszystko się posypało.
Jednak w credo, na który powoływał się Murad, było jasne napisane w punkcie pierwszym, że nie będziemy zabijać, jeśli możemy w jakiś sposób uratować wilkołaka.
Zabawne, że pisało "uratować". Problemem było to, że większość łowców nic nie robiła sobie z tego przykazania.
Mniejsza jednak o to.
- No dobra, ale po co my się w to pchamy - powiedział w końcu Gabryś, jak zwykle powodując u mnie ból głowy. Wcale to nie brzmiało jak pytanie. Raczej jak danie do zrozumienia, co o tym sądzi - Chcemy skończyć jak ta cała Kate Argent? - dodał, a na jego twarzy wykwitł wyjątkowo nieszczery uśmieszek.
- Chodzi o nic innego, jak o ich córkę. Ta Allison, czy jak jej tam było.
- Allison Argent, lat siedemnaście, bardzo dobre oceny, z tego co widzę bynajmniej - przerwał mi szybko Gabryś, wpatrując się w zdjęcie dziewczyny z dużą szczęką. Mimo wszystko była bardzo ładna, jak zauważyłam, i bardzo delikatnej urody - Nie chodzi na żadne dodatkowe zajęcia. Ma dobrą opinię wśród nauczycieli. Widać tylko, że nie lubi geografii, bo to jedyny przedmiot, w jakim nie ma dodatkowych ocen.
Uśmiechnęłam się. Za to uwielbiałam tego dzieciaka. Gabriel potrafił dokopać się do wszystkich informacji, jakie można znaleźć w internecie legalnie i nielegalnie.
- Jeśli chcą dokopać za to, że dziewczyna znalazła sobie chłopaka wilkołaka, to znaczy, że w przyszłości będą chcieli także dokopać nam - zauważyłam, kręcąc głową. Mniejsza z Argentami, Juranda nie oddamy tym palantom, a tak by na pewno potoczyły się sprawy, jakby Chris i jego rodzinka zginęli - Kuźwa, zresztą wiecie. Jurand jest wilkołakiem, a jako mój oficer według tych dupków powinien być człowiekiem.
Sam zainteresowany wzruszył ramionami.
- Tak czy inaczej coś na nas by znaleźli - poinformował nas sucho - Do wilkołactwa jednej osoby ciężko się czepić. Pamiętajmy jednak, że oficjalny powód to taki, że niejaki Hale zbiera tam praktycznie armię wilkołaków. Cokolwiek planuje, to może być coś wyjątkowo dużego.
Zaśmiałam się. Dopiero teraz zauważyłam, że cała grupa patrzy na mnie z nieciekawymi minami, jakby chcieli za chwilę zadać mi milion i jeszcze trochę pytań.
- Z tego co słyszałam, to raczej błędne koło - stwierdziłam - Jest tamtejszym alfą, na dodatek po całej tej awanturze, gdzie poprzedni to był psychol i mordował ludzi, bo wydawało mu się,  aż tak trzeba. Żona Chrisa Argneta poinformowała rodzinę mężusia, że źle się dzieje w Beacon Hills, więc rodzinka jak najchętniej wzięła dupę w troki i chcą sprawdzić osobiście, co się dzieje.
Może pani Argent chciała dobrze, ale stanowczo namieszała zbyt wiele. Zabawne, że chcąc chronić rodzinę, naraziła ich na jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Dominika pokiwała głową, rozumiejąc, co chcę powiedzieć.
- Więc Hale nie miał wyboru, zresztą ciężko się nie domyślić, co się po tym wszystkim będzie działo. Zbiera, lub przemienia wilkołaki z okolicy, by się bronić.
Władek przeczesał swoje złote włosy i uśmiechnął się wystudiowanym uśmiechem, który dla nas był sztuczny jak cholera, ale dla całej reszty świata, w tym lwiej części kobiet, był cholernie szczery i życzliwy.
- Musiałby być kretynem, gdyby do tego nie doszedł - zaczął studiować swoje zadbane paznokcie z miną kompletnego znudzenia na twarzy - A kretynem raczej nie jest. Zauważcie, że jak makiem zasiał w tamtych okolicach, nie ma wiadomości o żadnych zaginięciach, atakach czy w ogóle według społeczeństwa "Fantastycznych opowieściach, jak to wujek napadł na ciocię i chciał ją zjeść".
Nastąpiła kolejna cisza.
Przyjrzała się swoim ludziom. No, w przypadku Juranda, w większości czasu ludziom.
Potem uśmiechnęłam się.
- Myślicie, że damy radę przeprowadzić się taką grupą do Beacon Hills i nie wzbudzać podejrzeń?
- My? - zapytał z powątpiewaniem Gabryś, ale Władek od razu skinął głową z uśmiechem dumy.
- Oczywiście - powiedział, wyprostowując się na swoją marną wysokość - Jestem profesjonalistą.





Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Colette Colette.poniedziałek, 12.września.2011, 08:43
95.160.167.197

Witam.
Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, czytając Twoje opowiadanie to szczerze powiedziawszy duża ilość dialogów. Nie wiem jak inni, ale ja lubię wiedzieć dokładnie gdzie znajdują się bohaterowie. To bardzo często nadaje charakter całości. Troszkę mi tego zabrakło.
Generalnie Twój styl pisania bardzo mi się podoba. Zaczęłaś od dialogu. Ryzykowne, ale udało Ci się:)

Mogłabyś mnie powiadomić jak pojawi się nowa część??
Z góry dziękuję:)

Pozdrawiam:)) (i zapraszam do przeczytania mojego opowiadania)

Colette Colette.poniedziałek, 12.września.2011, 08:46
95.160.167.197

Witam.
Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, czytając Twoje opowiadanie to szczerze powiedziawszy duża ilość dialogów. Nie wiem jak inni, ale ja lubię wiedzieć dokładnie gdzie znajdują się bohaterowie. To bardzo często nadaje charakter całości. Troszkę mi tego zabrakło.
Generalnie Twój styl pisania bardzo mi się podoba. Zaczęłaś od dialogu. Ryzykowne, ale udało Ci się:)

Mogłabyś mnie powiadomić jak pojawi się nowa część??
Z góry dziękuję:)

Pozdrawiam:)) (i zapraszam do przeczytania mojego <a href="http://amara.mylog.pl">opowiadania</a>  )