Ksiega
Moja przestrzen
2011
wrzesień (7)
październik (1)
listopad (1)




Fav
ludzi w 268 dni


Made by Palurien
for elf site
Picture by FD

Powrót

8

środa, 16.listopada.2011, 19:44




Władek i Jurand, trzymający we dwu wielką skrzynkę wódki otworzyli drzwi bez pukania i weszli do środka. Zaraz za nimi wepchnęłyśmy się razem z Dominiką, niosąc niewielkie bagaże.
Gabryś, mamrocząc pod nosem zaczął wnosić pudła.
Jeden z bezimiennych jeszcze dla mnie wilkołaków na nasz widok upuścił swoją kurtkę, jaką trzymał w ramionach.
- Co? - zapytał z przerażeniem.
- A to - wytknęłam mu, po czym zaczęłam machać mu dłońmi przed nosem - Co stoisz jak widły w gnoju? Pomóż Gabrielowi, co on sam ma to wszystko nosić, czy jak?
Na korytarzyk, zwabieni głośnym tonem, wpadli inni.
- O więcej tragarzy - ucieszyłam się.
Dominika wepchnęła dwie torby w ramiona osłupiałego Jacksona.
- Zaraz, co wy tutaj robicie? - zdziwił się, wreszcie odzyskają głos. Za jego plecami pojawili się Scott i Stiles, jak zwykle razem.
- Jak to "co"? - powtórzyłam, udając głupią - Wprowadzamy się! W czasie, gdy próbowaliśmy rozwiązać sytuację tutaj, Niemcy zjarali nam kwadrat. Nie mamy gdzie spać, więc przyszliśmy tutaj.
Whittemore zamrugał.
- Derek się wkurzy - oznajmił, a ja zaśmiałam się.
Wzruszyłam ramionami i chwyciłam go za policzek.
- Taki typ człowieka, co to się lubi wściekać - wyjaśniłam. Potem wyciągnęłam flaszkę ze skrzynki i pomachałam ją wesoło - Kto się z nami napije?
- Derek naprawdę będzie wściekły - zgodził się niemrawo Stiles z Jacksonem.

******

Cóż, Derek naprawdę był wściekły.
Wtoczył się do pokoju, w jakim rezydowaliśmy i przystanął, oniemiały. Widać nie do końca ufał temu, co wyczuł idąc tutaj.
- O siemasz, Wieli Zły Wilkołaku - przywitałam się, przełykając alkohol.
Poklepałam miejsce pomiędzy mną, a Scottem, który z krzyżowanymi nogami siedział z nami.
Oprócz moich łowców siedziało z nami jeszcze parę osób - McCall, Stilinski, Whittemore, młody Rascow którego kojarzyłam z supermarketu, uczeń Marty, i o dziwo, dzierlatka o wdzięcznym imieniu Wandy.
Po tym, jak wpatrywał się w nią Gabryś, mogłam stwierdzić, że niedługo przestanie się tak dokładnie malować. Kto wie, może nawet zacznie wyglądać jak facet?
- Co wy tutaj robicie? - warknął.
Rzucił okiem na na nasze bagaże i tak naprawdę nie musiał pytać.
- Jak to co? Masz nowych współlokatorów. Fajnie, nie? - skinęłam na niego - Od jutra zaczynamy remont. Całego domu.
Aż otworzył usta. I nie wiedziałam, czy to z zaskoczenia, wściekłości, czy z czego tam jeszcze.
- Chyba sobie żartujesz - wykrztusił. Widziałam go już wściekłego. Rannego. Zdenerwowanego, zirytowanego. Ale jeszcze nigdy nie widziałam go tak zaskoczonego, że nie wiedział co i jak ma powiedzieć.
- Spoko, pozwolimy ci tapety wybierać - pocieszyłam go.
Dominika uśmiechnęła się radośnie. Dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, że ona wciąż ma swoje dziwaczne Domysły.
- Jeśli pozwolimy Kasi samej tutaj decydować o wszystkim, to ten dom nie będzie wyglądał jak mieszkanie, tylko jak cyrk - wyjaśniła pogodnie. Zabawne, ale miałam wrażenie, że ma zamiar także te wilkołaki wziąć pod swoje ochronne skrzydła.
Władek zagryzł alkohol ogórkiem konserwowym, po czym uśmiechnął się.
- Siadaj teraz i pij z nami, chłopie. Jutro zastanowimy się wszyscy razem nad tym, co zrobić z tym domem, żeby dało się tutaj mieszkać.
I tu się stało, proszę państwa, cud. Cud, od dzisiaj nazywany przeze mnie Cudem Domu Hale'ów.
Derek po zastanowieniu usiadł z nami.


******


Pobudka była nieprzyjemna. Rozejrzałam się czujnie, ale wcale nie byliśmy ani obserwowani, ani atakowani.
No nie licząc tego, że mnie teraz atakowała własna głowa.
Przekrwionymi oczętami rozejrzałam się po izbie. Jurand spał niedaleko mnie, trzymając pochrapującą cicho Dominikę. W drugiej dłoni trzymał jeszcze na wpół wypitą butelkę. Sama Dominika śliniła się z lekka i co chwile unosiła we śnie dłoń.
Władek spał pomiędzy dwoma wilkołakami - Jacksonem, i Marty'm. Ten drugi zresztą spał w dziwnej pozycji, gdzie jego głowa zwisała z kanapy, natomiast nogi miał opartę o bok Czarneckiego. Jackson z kolei rozciągnął się na całą swoją dumną wysokość i traktował butelkę jako poduszkę.
Stiles, największa gaduła jaką znam, nawet teraz mamrotał coś przez sen, przytulając do siebie talerz z ciastkami. Scott, który spał zaraz obok niego, przykrył się starą zasłoną, a po tym, jak pod jego powiekami ganiały się oczy, widać było że ni mu się jakaś mocna akcja.
Ocho. Dereka nie było.
Wstałam z trudem, nawet nie przejmując się tym, że nie mam do pomocy swoich kul. Powędrowałam powolutku w kierunku drzwi, prowadzących na korytarz.
- Jest tu coś do jedzenia? - wychrypiałam w kierunku cienia. Byłam pewna, że gdzieś tam chowa się Hale. Absolutnie aspołeczny egzemplarz.
- Nie - oznajmił głos z półpiętra.
Wzruszyłam ramionami.
- Może być cokolwiek. Szczur nawet - stwierdziłam z nadzieją.
Marzyło mi się coś, właściwie cokolwiek, co można było zjeść szybko. Nie muszę się zastanawiać, co to jest.
Dziwne, ale kiedy byłam na kacu, to nigdy nie chciało mi się pić. Za to byłam w stanie zjeść konia z kopytami. Nawet jego uzdę.
- W chwili obecnej nie ma kompletnie nic. Wczoraj zeżarliście wszystko, co było.
Wpełzłam na to półpiętro. O ile z dołu wydawało się być zaciemnione, to będąc już na miejscu trochę mnie zaskoczyło.
Derek siedział na wielkim parapecie jeszcze większego okna. Okno oczywiście było w nie najlepszym stanie, ale przynajmniej dzięki niemu do domu wbijało się trochę światła.
- Wiesz, my wczoraj mówiliśmy na serio - spróbowałam - Naprawdę zostajemy i robimy remont. Przynajmniej zostaniemy na jakiś czas.
Prychnął, marszcząc brwi.
- Nie pomyśleliście, że nie mam ochoty na towarzystwo?
- Nie pomyślałeś, że nie mamy wyboru? - fuknęłam, porzucając uprzejmą maskę. Jak Kuba Bogu, tak Ten Kubie. - Jakbyś nie zauważył, tkwimy po uszy w gównie tylko dlatego, że poparliśmy ciebie i Chrisa Argenta, a nie tą francuską wywłokę. Kiedy prawię wykończyli cię tojadem i byłeś niebezpieczny nawet dla członków własnego stada, to ja musiałam stanąć na rzęsach, by ci pomóc. Więc teraz łaskawie nie pieprz mi tutaj o tym, że nie masz ochoty nas "gościć" bo tu i teraz przypierdolę ci na czym świat stoi, co pewnie skończy się dla mnie źle!
Warknął przeciągle. Znów jego oczy przybrały kolor szkarłatu.
- Nie próbuj zwalać całej winy na mnie - rzucił, o dziwo nie warcząc.
Uniosłam brew. Potem uśmiechnęłam się gorzko.
- Można powiedzieć, że tutaj nie ma winnych, lub że winni są wszyscy - zaproponowałam zimno, unosząc dłonie w formie przystopowania jego gniewu - Którą opcję wybierasz?
Zacisnął zęby. Doskonale wiedziałam, że żadna z tych opcji nie jest zbyt wspaniała i pasująca do sytuacji, ale lepszy rydz, niż nic.
- Proponuje ci to, co proponowałam na samym początku - oznajmiłam, opierając się ze zmęczeniem o drugi koniec parapetu. Potarłam oczy i westchnęłam - Nie będziemy sobie wchodzić w drogę, w sytuacjach kryzysowych sobie pomagamy. Kto wie, może obie grupy wyjdą z tego cało.
Prychnął, ale skinął głową.
- Przyjmuję - rzekł tylko, a jego oczy znowu zaczęły zmieniać się w tą dziwaczną szarość. Taki kolor nieokreślony. Trochę jakby zieleni, trochę szarości, a trochę ciemnego niebieskiego.
Uśmiechnęłam się z satysfakcją.
- Zresztą i ty i twój dom na tym skorzystacie, tak samo jak twoje stado. Spodziewaj się, że Dominika będzie dokarmiać wszystkie twoje wilkołaki, zwłaszcza Jacksona i Scotta. Stwierdziła, że są za chudzi.
Przez moment przybrał minę, jakby nie wiedział, czy ma uciekać, czy się śmiać.
Potem poklepałam go po ramieniu i popełzłam s powrotem się trochę położyć.



******



Władek rzucił o stół plany domu Dereka z taka miną, jakby musiał je wygrzebywać z łajna.
Popatrzył jednak na nas z dumą.
- Nawet sobie nie wyobrażacie, jak musiałem kombinować, by to zdobyć - wyjaśnił, po czym poprawił włosy.
Uniosłam brew.
- Jak? - zapytałam.
Zdziwił się. Przyjrzał mi się z uwagą.
- Co "jak"? - wypalił.
Tym razem to ja zmarszczyłam brwi.
- Powiedziałeś, że musiałeś się nakombinować. - przypomniałam spokojnie. Chwyciłam kubek Gabriela, który wymamrotał pod nosem coś, co fałszywie brzmiało jak "spierdzielaj, harpio" - Więc pytam, jak się nakombinowałeś.
Patrzył na mnie przez kilka sekund bez słowa. Potem na mnie machnął ręką.
- Wypij lepiej kawę, bo bez niej jesteś nie do życia - poradził mi, po czym usiadł na wolnym miejscu - Rozumiecie, można z tej rudery zrobić naprawdę fajne rzeczy. Wiadomo, mamy na myśli zrobienie czegoś, co pozwoliłoby tutaj w ogóle mieszkać w ludzkich warunkach.
Jackson, który tak samo jak Gabryś dzisiaj podarował sobie szkołę, uniósł powiekę z trudem.
- A Derek o tym wszystkim wie? - zapytał na wszelki wypadek.
Uśmiechnęłam się cierpko.
- Tak jakby - zgodziłam się raźno.
To chyba było jednak za mało dla moich łowców i jednej sztuki wilkołaka ze stada. Patrzyli na mnie długo.
- Określmy to tak, kochani. Specjalnie się nie wściekał - powiedziałam dobitnie, po czym zaczęłam ich ignorować.
Gabriel w tle siorbnął nosem.
- Mogę się założyć, że skończy się tym, że kogoś będzie trzeba zdrapywać ze ściany - burknął tylko.

******



Kiedy reszta zawzięcie pracowała, ja usiadłam na dworze, dokładniej mówiąc na trawie przed budynkiem. Przyglądałam się drzewom i myślałam już, jakie pułapki można tutaj założyć.
Bądźmy szczery. Jeśli Morgana wie, gdzie jesteśmy, to znaczy że będzie próbowała powykańczać nas na szereg różnych sposobów. Oczywiście sama nie ruszy swojego szacownego tyłka wartego grube miliony. Nie jest głupia, tak jak ja. Ja sama zawsze wyjeżdżałam na akcje razem z moimi ludźmi, mimo że na ogół przywódcy tego nie robią.
Czasem zastanawiałam się, jak to w ogóle z nami jest. Okay, rozkazujemy, podopisujemy listy płac. Ale tak naprawdę... Tak naprawdę tylko mamy w razie czego wziąć na siebie odpowiedzialność. U nas na przykład za całokształt taktyczny odpowiada Władek. W tym zakresie ten gość to geniusz. Potrafi wymyślać takie rzeczy, że aż człowiekowi ciśnienie rośnie, jak spojrzy na plany.
Dominika i jej wybuchowe niespodzianki? Po prostu dla mnie bomba, w przenośni i naprawdę. Nie raz i nie dwa dzięki jej ładunkom udało nam się uzyskać przewagę. W gruncie rzeczy tylko raz kazałam zdetonować materiały wybuchowe. I to wcale nie przeciw wilkołakom.
Potarłam w zamyśleniu dłonie. Potem zastanowiłam się szybko. Coś stanowczo mi nie pasowało.
- Wiem, że tutaj jesteś - stwierdziłam rozbrajającym tonem, czując jak ktoś stoi za mną.
- Jasne - rzucił Jackson tonem, który jasno dawał do zrozumienia, że gdyby chciał, to bym go nie usłyszała. Co jest całkiem możliwe.
-  Odechciało ci się słuchać kłótni dotyczącej panel? - zapytałam z przekąsem, patrząc jak siada na schodku obok mnie.
Parsknął. Potem wyszczerzył zęby.
- Tak i nie  -wyjaśnił, a ja uniosłam brew. Rozłożył się na pozostałym miejscu do tego stopnia, że musiałam się kawałeczek przesunąć.
- Znów... Znów mam wrażenie, że jestem tam zbędny - powiedział tylko, z wysiłkiem przybierając na twarz maskę obojętności.
A ten znów zaczyna.
Pokręciłam głową.
- Durny jesteś, Whittemore. Naprawdę durny - burknęłam pod nosem - Powinieneś znać już swoje miejsce. Jesteś urodzonym przywódcą, jeszcze trochę zagubionym i uczącym się, ale jednak. Dodatkowo taki paranoik jak Derek ci ufa. Nawet Scott, który jest z lekka niezależny, zawsze najpierw słucha, co masz do powiedzenia, a potem działa według tego, co wymyśli.
Kiedy tylko wymieniłam imię Scotta odkryłam, że to tutaj pies jest pogrzebany. Mój drogi nastoletni rozmówca zbladł, po czym zacisnął zęby i usta w cienką linę.
- Scott to, Scott tamto - wycedził, odwracając ode mnie wzrok - Wszyscy podniecacie się tym Scottem, jakby to był anioł nie z tej ziemi.
Uniosłam brew i zaczęłam uśmiechać się z przekąsem.
Zauważył moją minę dopiero po jakiś dziesięciu minutach. Poczerwieniał, a jego oczy przybrały żółtawy kolor.
- I co? Teraz skoczysz mi do gardła? - zapytałam w miarę przyjaźnie. Potem wzruszyłam ramionami, jakby to, co mi grozi to minimalna igraszka - Sam stawiasz Scotta na numerze pierwszym. Zazdrościsz mu czegoś, co dla mnie jest jakimś dziwnym pojęciem. Nie rozumiem cię. To ty pokazałeś siłę.
Otworzył szeroko usta.
- C-co? - zapytał ze zdziwieniem. Jego oczy wracały do normalności. Chyba już przyzwyczaił się do tego, że zawsze powiem coś, czego nie oczekiwał.
- Nie rozumiem innych - przyznałam - Są dla mnie dziwni. Stiles i Allison znaczy. Okay, Scott zachował życie, mimo że wciąż był zagrożony. Ale to nie sztuka walczyć, kiedy nie ma się wyboru. To ci, którzy muszą decydować to mają problem.
Pokręcił głową. Zaczął przyglądać się swojemu zegarku, który błyszczał w lekkim słońcu.
- To nie jest takie proste - mruknął. Westchnął, po czym nieświadomie zrobił dłonią bałagan w idealnej fryzurze - Nie wiesz, dlaczego wylądowałem w tej sytuacji, tak lub inaczej.
Parsknęłam. Oczywiście, że wiedziałam, a on zrozumiał to sekundę później. Zerknął na mnie wielkimi oczyma, po czym skrzywił się.
Poklepałam go po dłoni.
- Myślisz, że jesteś jedyną osobą, która źle zaczęła, ale dobrze się rozwija? - zapytałam. Podrapałam się po policzku - Wyobraź sobie, że byłam gorsza od ciebie, bo mnie z kolei nic nie interesowało. Moja matka popełniła samobójstwo i to ja ją znalazłam. Ojca nawet nie znałam, z tego co wiem, matka nie prowadziła się za dobrze. Przybrani rodzice byli łowcami i to takiego typu, co wolą wykończyć, niż chwile pomyśleć. A jednak kochali mnie jak nikogo...
Wpatrywał się we mnie długo.
- Opowiesz coś o tym? - zapytał, kładąc głowę na dłoni. Zabawne, ale zabrzmiał, jakby naprawdę go to zaciekawiło. Przypomniałam sobie, że był adoptowany, tak jak ja... Widocznie poczuł coś w rodzaju pokrewieństwa. - Wiesz, jakby nie mówić to dość dziwne, że ktoś taki jak ty... Znaczy bez obrazy, nie? Ale zachowujesz się jak wariatka.
- Ja jestem wariatką - pouczyłam go, machając mu dłonią przed oczyma - Wiem, ludzie widzą we mnie kretyna, błazna i co tam jeszcze. Kogoś, kto ma mózg wielkości fasolki, kogoś kto non stop się śmieje i nie kuma najprostszych rzeczy... Prawda?
Skinął głową. Za to go lubiłam. Stiles zacząłby kręcić, ale w końcu przyznałby racje, a z kolei Scott odwróciłby uwagę w taki sposób, że zapomniałabym, że pytałam. Ale on bez parady, z arogancją, od razu by odpowiedział zgodnie z prawdą.
- Cóż, w gruncie rzeczy zostałam przywódcą przez przypadek. W dniu, kiedy zginęli moi rodzice, większa część grupy łowców była w gościnie w naszym domu. Przybrani rodzice posiadali niezłą chatę, która dodatkowo świetnie się nadawała jako baza. Mięliśmy przywódce, Jakuba, który był naprawdę dobry. Cholernie inteligentny, a dodatkowo było na czym oko zawiesić - zaśmiałam się, przypominając sobie wszystko z trudem. Potem zerknęłam na Jacksona, czy dalej słucha - Siedziałam w tedy w swoim pokoju, bo miałam szlaban. Nawet już nie pamiętam za co. I kiedy tak pomstowałam na matkę, że zamknęła mnie w pokoju, na dole, gdzie siedzieli wszyscy z grupy rodziców, a także ich rodziny, usłyszałam ryk wilkołaków i wrzaski ludzi.
Uśmiechnęłam się do swoich myśli.
- No, ale co dalej... Może kiedyś ci opowiem - w pewnym momencie zmieniłam zdanie. Tak po prostu. Jackson przewrócił oczyma, po czym machnął na mnie ręką.
- Wariatka jednak jesteś - rzucił, a ja bardziej wyczułam, że to wcale nie obraza.
Wstał, otrzepując tyłek i zerknął w kierunku domu.
- Lepiej sprawdzę co tam się dzieje. Derek wyszedł o świcie, mówiąc, że nie ma już ochoty na "dyskusję" z Władysławem - powiedział z trudem imię mojego oficera, a ja uśmiechnęłam się lekko, wiedząc jak wyglądały te dyskusje. Gabryś miał rację. Mało brakowało, a Czarnecki zostałby rozmazany na ścianie.
Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się. I to tylko i wyłącznie do siebie.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

goaik goaik.czwartek, 19.stycznia.2012, 12:48
93.219.147.136

fajna historia naprawdę, to dobrze że w dzisiejszych są ludzie którzy chcą pisać...

Regalia Regalia.czwartek, 15.marca.2012, 22:31
87.204.154.192

Yup, jest świetna. Życzę weny. Pisz, pisz dalej.